wtorek, 27 czerwca 2017

BANER JAKUCJA 980X200

Tworzę przestrzeń

marcin--tomaszewski
Marcin „Yeti” Tomaszewski


Marcin „Yeti” Tomaszewski należy do ścisłej czołówki polskich alpinistów. Jako jeden z nielicznych niemal co roku wyprawia się w odległe zakątki ziemi, by dokonać pierwszych polskich powtórzeń wybitnych dróg na wielkich ścianach lub wytyczyć własne drogi.

Właśnie na wytyczaniu nowych dróg skupia się projekt „4 Żywioły” zainicjowany przez Marcina Tomaszewskiego w 2009 roku. Projekt zakłada wspinaczkę w  czterech rejonach górskich charakterystycznych dla każdego z żywiołów panujących w górach. Wiatr – Patagonia, zimno – Alaska, woda – Ziemia Baffina oraz tropik – Wenezuela. Nowe drogi powstały już na Alasce, Ziemi Baffina i w Wenezueli.
 
W ubiegłym roku „Yeti” zawitał w Patagonii pod Cerro Torre i choć linia na nową drogę została wypatrzona na zachodniej ścianie, wspinacz dokonał „tylko” pierwszego polskiego przejścia drogi Ferrariego (wraz z Jakubem Radziejowskim – przeczytaj wywiad ze wspinaczem dotyczący tego przejścia: Sprawnie działająca maszynka).

Marcin Tomaszewski w 2003 roku był nominowany do Złotego Czekana. Najważniejszej międzynarodowej środowiskowej nagrody alpinistycznej. Otrzymał wiele innych nagród, w tym Mugs Stump Award, która jest przyznawana „za ducha przygody i eksploracji we wspinaczce”, za przekraczanie alpinistycznych barier.

Zobacz film z ubiegłorocznej wyprawy do Kanady - wytyczenie "Superbalance" wraz z Markiem Raganowiczem


Marcin „Yeti” Tomaszewski jest specjalistą od wspinaczki solowej. Samotnie poprowadził wiele nowych dróg (m.in. „Ostatni Mohikanin” na Kazalnicy Międzyszowieckiej).

W latach 1993-2010 w Tatrach zimą i latem przeszedł 170 dróg wspinaczkowych, z czego 17 to drogi nowe, a 10 pokonał samotnie.

Od 1997 roku cyklicznie organizuje ogólnopolskie zawody wspinaczkowe Fight Club, których jest pomysłodawcą. Od 2005 roku jest instruktorem wspinaczki sportowej i prowadzi własną szkołę wspinania.

 Ważniejsze przejścia: 

Pakistan, Karakorum, Nangmah Walley, nowa droga na ścianie Denbor Brakk 600m/A3/VIII+, 7 dni, partner K.Belczyński.

Grenlandia, Tasermiut fiord, nowa droga na ścianie Nalumasortoq, 1200 m/ A3+/VIII+ partnerzy J.Gołąb, S.Piecuch, J.Fluder.

Ziemia Baffina, Pongnirtung fiord, nowa droga na ścianie Mount Thor, 1350 m/ A4/VIII+, partner K.Belczyński.

Alaska, Shadows Glacier, nowa droga na ścianie Citadela, 1150 m/ A4/VII+, partnerzy K.Belczyński , D.Kaszlikowski.

Alaska, Mt. Barril, III, 1200 m solo, Mt. Johnson, escalator 1200/M5/Wi4, solo.

Ziemia Baffina, Sam Ford fiord, Polar Sun Spire, nowa droga 24 dni w ścianie VII/A4/M7+, partner Marek Raganowicz.

 

Wczoraj Marcin Tomaszewski wraz z Markiem Raganowiczem wyruszył do Pakistanu, w Karakorum, by wytyczyć nową drogę na północno-zachodniej ścianie Great Trango Tower (6286 m np.m.).

O wyprawie czytaj w artykułach:
Great Trango
Great Trango start

 

Poniżej prezentujemy wywiad z Marcinem Tomaszewskim, który został przeprowadzony 21 maja 2013 roku:


Jest rok 1996, stoisz pod największą ścianą w polskich Tatrach, półkilometrowej wysokości Kazalnicą. Masz zamiar poprowadzić nową drogę, jest zima, jesteś sam. Co czułeś?
Podekscytowanie. To było wyzwanie! A ja karmię się takimi wyzwaniami. I niewiadomą. Wcześniej wspinałem się tylko na krótszych drogach, na Czołówce Mięgusza, na Kopie Spadowej. Co prawda pokonywałem drogi solo na Kazalnicy, ale latem. To była pierwsza poważniejsza droga pokonana zimą. Rozpoczynałem moją przygodę ze wspinaczką. Kurs zrobiłem w 1991 roku. Ta droga była wyzwaniem, które powodowało, że musiałem się mocno sprężyć.

Byłeś na to przygotowany od strony technicznej?
Na swój sposób. W tamtym okresie, ze względu na oszczędności finansowe, a byłem w wieku licealnym, sam produkowałem swoją odzież. Drogę „Ostatni Mohikanin”, bo o niej mówimy, pokonałem we własnej odzieży, którą uszyłem z zakupionego na metry materiału typu ortalion i polar. Sprzęt również sobie robiłem własnoręcznie, przynajmniej niektóre haki. To była dla mnie duża przygoda pójść w góry z własnymi produktami…

Własne haki? Nie bałeś się, czy wytrzymają?
Muszę się przyznać, że nie zastanawiałem się nad tym. To był wiek ignorancji. Wiek, w którym człowiek nie zastanawiał się nad tym, czy to wytrzyma czy nie? Jakie obciążenia zniesie? Dla mnie istotne było to, żeby utrzymało mój ciężar ciała, żebym mógł się powiesić na przelocie, i sięgnąć do kolejnego. A czy wytrzyma większy udar czy mniejszy, to już było poza zasięgiem mojej wyobraźni.

Psychicznie cię to nie przerastało?


Pamiętam tekst z magazynu „Góry”, w którym opisywałeś to przejście. Dla zwykłego śmiertelnika, który nie ma do czynienia ze wspinaniem, to mogło brzmieć jak wyznania samobójcy. Kilkumilimetrowy kawałek blachy wbijasz młotkiem w szczelinę. Wieszasz na tym cały ciężar ciała. Metal się ugina. Nie wiesz czy nie wypadnie z tej szczeliny. I to wszystko 200 metrów nad ziemią. Na ścianie jesteś sam. Jakby co, żadnego ratunku. Gdy ten hak wypadnie, lecisz do samych piargów, które widzisz między nogami. I tak minuta po minucie przez prawie trzy dni? To w ogóle da się wytrzymać psychicznie?
Z czasem przychodzi znieczulenie na trudności typu niebezpieczeństwo. Przyjmuję je jako rzecz naturalną. Wbijam hak, widzę, że się rusza, wpinam się do niego, boję się, ale nie widzę innej opcji poza powieszeniem się na nim i pójściem do góry. Oswajam w ten sposób ścianę. Trzeba się dużo wspinać, żeby to osiągnąć. To przychodzi z czasem. Pogodzenie ze ścianą i utwierdzenie w przekonaniu, że to jedyna droga, którą teraz muszę pokonać. Droga do góry.

W młodości byłeś niesfornym chłopakiem z bloków. Jak ze Szczecina trafiłeś w góry?
Pochodziłem z okolic, w których były bitwy różnych osiedli. Chcąc nie chcąc trzeba było się opowiedzieć po którejś ze stron. Przebywając w takim środowisku nie można okazywać słabości, bo szacunek opiera się na tam sile, pewności siebie, obronie własnej godności. W tym też czasie uprawiałem bardzo intensywnie sztuki walki. Uczestniczyłem w sparingach z kolegami na terenie sali oraz poza nią. Słuchałem bardzo mocnej muzyki, rapu. Biegałem z flamastrem po klatkach. Zdarzały się jakieś bójki. To nie wynikało z mojej natury, ale z okoliczności w okresie buntu. Walczyłem z ludźmi i przeciwstawiałem się światu.
Mając jakieś 15 lat trafiłem w góry. Należałem do harcerskiego klubu trekkingowego. W tym klubie nauczyłem się dwóch rzeczy. Zjeżdżać na linie i pić piwo [śmiech]. To zjeżdżanie na linie na tyle mnie zainteresowało, że poszukałem ogłoszenia odnośnie kursów wspinaczkowych i znalazłem – w Klubie Wysokogórskim w Szczecinie.

Od razu wiedziałeś, że góry to jest to?
Tak, to był błysk. Wspinanie zazębiło się ze sztukami walki, bo uczyłem się w szkole sportowej judo. W pewnym momencie zacząłem odpuszczać treningi na rzecz ścianki wspinaczkowej. W końcu trener do mnie podszedł i powiedział: „Marcin albo wspinanie, albo judo. Jak nie chcesz trenować, to przynieś judogę”. Na następny dzień przyniosłem judogę, powiedziałem do widzenia i poszedłem na całość. Tę całą energię, którą miałem przeciw światu, skierowałem na właściwe tory czyli nauczyłem się pracować nad sobą, walczyć z własnymi słabościami. I to mi chyba bardziej w tym momencie odpowiadało, ponieważ przestałem być od kogokolwiek, poza sobą, zależny.

Druga połowa lat 90. to w twoim wydaniu nieustanne wspinanie. Tatry, Alpy. Non stop w górach. Skąd taki głód wspinania?
To wynika z mojego charakteru. Od dziecka wszystko robiłem intensywnie, na przysłowiową stówę. Gdy dzisiaj patrzę na swoje dzieci, widzę siebie, widzę tę samą energię. Mam córeczkę Maję. Kiedy idę z nią przez miasto, ona obok mnie nie idzie normalnie, jej sposób spacerowania to gwiazdy. Nie potrafi spokojnie iść. I ja taki jestem. Potrzebuję ruchu, potrzebuję energii w sobie.

Od 2002 roku do dziś chyba tylko w jednym roku nie wytyczyłeś nowej drogi albo nie powtórzyłeś czegoś skrajnie trudnego. I to gdzieś w świecie. Alaska, Patagonia, północna Kanada, Wenezuela. Prawdopodobnie nikt z aktywnych polskich wspinaczy nie ma takiego katalogu przejść. Masz świadomość, że jesteś najlepszym wspinaczem wielkościanowym w tym kraju?


A co jest twoim celem?
Nowa droga na Great Tango Tower w Pakistanie. Ogólniej - realizacja projektu 4 Żywioły. Patrząc szerzej moim celem w górach jest pewna forma twórczości. Wytyczenie nowych dróg wiąże się z kreowaniem nowej przestrzeni. Przechodzimy górę dziewiczym terenem, ale nie malujemy tej linii czerwoną albo białą farbą, nie widać tego z satelity. Tworzymy jedynie przestrzeń, która jest nasza. Opisujemy ją, wiążemy z nią nasze emocje. To dość mistyczne przeżycie, ponieważ drogę, którą tworzymy i nazywamy, możemy zachować w pamięci do końca życia. Ona może nam dawać siłę do ostatnich dni.

W 2003 roku miałeś okazję wyjechać na wyprawę do Nepalu z guru polskiego alpinizmu jeszcze z lat 80., człowiekiem który w pewnym sensie wymyślił szybkie, lekkie wspinanie w Himalajach, z Wojciechem Kurtyką. Czego się od niego nauczyłeś?
Wojtek Kurtyka to wielka postać. Wytyczał niesamowite drogi. Choćby na Nameless Trango Tower. Robił też niezwykłe rzeczy na ośmiotysięcznikach. Na pewno nauczyłem się technicznych patentów od Wojtka. Jednak największe znaczenie dla mnie miało to, co zobaczyłem w jego oczach oraz to, co z nim przeżyłem. Zainspirowała mnie jego energia i pozytywne myślenie. Najważniejsza i największa nauka, jaką przyjąłem w tym okresie – bez względu na wiek, można iść na całość.

Wojciech Kurtyka ze wspinania uczynił całą filozofię, opartą w założeniach o buddyzm. W zeszłym roku na Ziemi Baffina wytyczyłeś z Markiem Raganowiczem nową drogę, „Super Balance”, podczas wspinaczki trwającej trzy tygodnie. W tekstach Marka Raganowicza również można się dopatrzyć inspiracji buddyzmem. Ta filozofia i tobie jest bliska?


Na prelekcjach i w wywiadach podkreślasz, że nazwa drogi, którą zrobiliście z Markiem Raganowiczem, „Superbalance” odnosi się do relacji, jaka między wami się wytworzyła.
Z Markiem stworzyliśmy super team. Super balance – tak to nazwaliśmy – ponieważ od samego początku nie było między nami jakiejkolwiek konfrontacji. Wiedzieliśmy, że naszym nadrzędnym celem jest ściana, a nie my sami. Polegało to przede wszystkim na wyzbyciu się własnego ego.

Wyzbycie się ego? To jest niezbędne, żeby się wspinać z partnerem?
Myślę, że tak. W górach nie ma miejsca na dumę, na ambicje, na porównywanie się z partnerem, na przeciąganie się. Nie możemy upatrywać w naszym partnerze przeciwnika. Kogoś, od kogo chcemy być lepsi. Partner w górach ma być naszym przyjacielem, kimś, kto ma nas zastąpić na trudnym wyciągu, i ma nam ulżyć. Jeśli nie dam rady zrobić trudnego wyciągu, proszę partnera żeby mnie zmienił. I istotne jest to, żebyśmy czuli w tym momencie ulgę, a nie zawiść albo żal. O to w tym chodzi – żeby czuć się wolnym i czerpać z partnerstwa radość, a nie rywalizować.

Można powiedzieć, że wspinacz rozwija się nie tylko technicznie, ale i duchowo. Są jakieś etapy tego rozwoju?
Rozwijasz się jednocześnie na kilku płaszczyznach. Na jednej jesteś obserwatorem, patrzysz sobą. Na drugiej doświadczasz mistycznych przeżyć. Kreujesz - ciesząc się z tej twórczości. Na kolejnej, uciekasz od czegoś? Raz jedna płaszczyzna jest bardziej istotna, a kiedy indziej, druga. Ale to wszystko tworzy całość, która powoduje, że wspinanie jest tak ciekawe.

U Ciebie występują te wszystkie płaszczyzny? Ucieczka…
Tak. Kiedyś była ucieczka w moim wspinaniu. Od pewnych okoliczności w życiu. Obecnie już nie. Motywacja mojego wspinania zmieniła się. Gdy zmienia się człowiek - zmieniają się okoliczności. Na pewno gdy zaczynałem się wspinać, to duże znaczenie odgrywała potrzeba udowodnienia sobie czegoś? Potrzeba pokazania, że dam radę. Teraz tego nie ma, bo wiem, że dam radę. A jeśli nawet nie dam, to nie jest to dla mnie kluczową sprawą. Obecnie pozostała we mnie chęć parcia do przodu i tworzenia. Pozostawiania po sobie dróg, które potem dadzą mi siłę, które w przyszłości będą moimi akumulatorami. Patrząc w przeszłość, wspominam moje wypady na Alaskę, do Pakistanu czy do Patagonii, co powoduje, że czuję energię, która spływa do mnie z przeżytych przygód. Chodzi o to, żeby zainwestować w coś, co za jakiś czas przyniesie wspomnienia, a wraz z nimi jednocześnie chęć do życia i siłę.

Stawiasz przed sobą coraz to nowe wyzwania. Czy dostrzegasz gdzieś granicę swoich możliwości wspinaczkowych?
Granica możliwości w trakcie wspinaczki nie opiera się na asekuracji, na czynnościach technicznych, ponieważ to powinniśmy opanować do perfekcji. Nie możemy sobie pozwolić na jakikolwiek błąd bądź niedouczenie. Musimy dysponować najlepszym sprzętem w odpowiedniej ilości. Kluczem jest teren, z którym mamy się zmierzyć w miarę w jak najlepszym stylu. Czyli najlepiej w stylu klasycznym. I tu pojawia się wyzwanie. Oczywiście wiadomo, że asekuracja albo jest, albo jej nie ma. Wspinaczka to z jednej strony wykonanie konkretnych ruchów, z drugiej – psychika. Bo niejednokrotnie te ruchy musimy wykonać, powiedzmy, piętnaście metrów nad bardzo słabym przelotem. Odpadnięcie w takim miejscu grozi albo złamaniem, albo nawet śmiercią. I to jest to. Trudności techniczne i psychiczne. Wielu wspinaczy posiada bardzo duże umiejętności techniczne, ale niestety nie radzą sobie psychicznie z pewnymi trudnościami, nie są w stanie wyjść wysoko nad jakiś przelot, aby wykonać banalny dla nich ruch. Dlatego oba te elementy trzeba stale, kompleksowo rozwijać.

Zaraz wyjeżdżacie z Markiem Raganowiczem na Trango Tower. Chcecie wytyczyć nową drogę. Dlaczego akurat ta góra?
Zachodnia ściana Great Trango Tower to jedna z największych skalnych ścian na świecie. Lita, licząca ponad tysiąc metrów ściana. Legenda, o której marzy każdy wspinacz. Piękno i niedostępność.
Od dawna marzyłem, żeby wytyczyć nową drogę na tej ścianie. Wypatrzyłem już sobie kiedyś piękną linię, ale jak się później okazało, miejscami teren nie nadawał się do wspinaczki. Był bardzo kruchy, narażony na spadające kamienie i lodowe odłamki. Wyszukanie nowej drogi polegało na tym, że usiedliśmy z Markiem nad zdjęciem, wyrysowaliśmy już istniejące na ścianie drogi, pokonane przez inne zespoły, i udało nam się znaleźć wolne miejsce na nową drogę. Jest pewna formacja, która nam bardzo odpowiada. Mam nadzieje, że uda nam się na niej pociągnąć ciekawą linię.

Zadałem Ci pytanie na początku, co czułeś pod Kazalnicą. Wyobrażasz sobie, co poczujesz stojąc pod Great Trango Tower?
Na pewno będę podekscytowany. Będę chciał jak najwięcej się wspinać, bo to jest moim celem. Będzie nas dwóch, tak więc będziemy musieli się dzielić tym terenem wspinaczkowym, i już teraz widzę, że cały czas będę myślał, by jak najwięcej tego terenu poprowadzić. Prowadzenie jest najbardziej przyjemne. Przypuszczam, że każdy z nas będzie rwał dla siebie tyle drogi ile się da.

Z bazy pod Great Trango Tower będziecie mieli na wyciągnięcie ręki ośmiotysięczniki. Gaszerbrumy, Broad Peak, K2. Ośmiotysięczniki cię kuszą?
Mam kilka ścian, które mnie interesują, ale jeszcze się na tym nie skupiam. Są na tyle trudne i niesamowite, że aby w ogóle myśleć o nich, muszę przejść najpierw pewne etapy. Musiałbym wejść na kilka łatwych ośmiotysięczników, żeby złapać pamięć wysokościową, by nauczyć się gór najwyższych, by w końcu sprawdzić organizm na dużych wysokościach. To długa droga.

Ale na razie się nie spieszysz? Wiem, że Artur Hajzer proponował ci zimowe K2. Odmówiłeś.
Tak, ponieważ chciałem zakończyć projekt 4 Żywioły. Gdybym miał pojechać w Himalaje, to nie po to, by od razu wybrać się na strasznie trudną górę. Chciałbym się do tego przygotować, by czuć gotowość – tak jak wspomniałem – etapami. Najpierw jeden, czy dwa wyjazdy, żeby zapoznać się z daną wysokością, następnie rozpoznanie terenu zejściowego oraz topografii. W Himalajach nie ma dużego marginesu na błędy.

Zdradzisz, co krąży ci po głowie?
Dokończenie drogi Wojtka Kurtyki na Gaszerbrumie, na „Świetlistej Ścianie”. Wojtek nie wszedł na szczyt. Chciałbym pójść po jego śladach. To jest wielkie wyzwanie. Może K2.

Nowa droga?


Dla Ciebie Himalaje są zwieńczeniem wspinaczkowej kariery? Czymś najtrudniejszym, najbardziej wyzywającym dla wspinacza?
Niekoniecznie. Nie interesuje mnie himalaizm. Powiem szczerze, himalaizm mi się nie podoba, ponieważ ja nie lubię walczyć z bólem głowy, z wysokością, z oddechem. Chcę walczyć z trudnościami ściany, wykorzystać maksymalnie w sposób świadomy swoje ciało. Jednak powodem, dla którego chciałbym pojechać w Himalaje, i w pewnym sensie być himalaistą przez jakiś czas, są wspomniane wcześniej ściany. Potem być może ponownie wrócę do wspinania bigwallowego. Mógłbym poświęcić kilka lat swojego życia po to, żeby wejść na K2 nową drogą od strony północnej. To jest według mnie obecnie jedno z największych wyzwań w himalaizmie. Moje skryte marzenie, o którym teraz po raz pierwszy mówię. Aby je zrealizować, musiałbym pewnie przygotowywać się trzy, cztery lata.

 

rozmawiał: Jakub Karp

 

 

Drukuj PDF

Książki sportowe i wojskowe