wtorek, 27 czerwca 2017

BANER JAKUCJA 980X200

Pływam bez filtrów

rafal chmielewski


Kajakarstwo morskie w Polsce nie jest zbyt popularne. Rafał Chmielewski, Polak od lat mieszkający na wschodnim wybrzeżu Kanady, jest nie tylko fanem kajakarstwa morskiego, ale na co dzień szkoli przyszłych przewodników turystycznych w tej dziedzinie.

Nic więc dziwnego, że organizuje samotne wyprawy i zapuszcza się na odległe północne wody. W tym roku zamierza przepłynąć 800 kilometrów przez niezbyt przyjazne wody wzdłuż południowego wybrzeża Nowej Funlandii.

Więcej o wyprawie Rafała Chmielewskiego czytaj w artykule: Funlandia kajakiem.
Zobacz, co według kajakarza jest niezbędne na morską eskapadę: Co trzeba na wyprawę.

Rafał Chmielewski w rozmowie z Forum Extremum o technice pływania, strategiach i przygotowaniach do wypraw, systemie szkoleń i popularności kajakarstwa morskiego w Kanadzie.


Kanada to kraj, który ma najdłuższą linię brzegową. 250 000 kilometrów. Polska ma zaledwie 400 kilometrów linii brzegowej. Czy w Kanadzie kajakarstwo morskie jest popularne?
Rzeczywiście Kanada i na wschodzie, gdzie mieszkam, i na zachodzie zwrócona jest do morza. Tu są największe miasta, największe skupiska ludności. Ważną dziedziną życia jest połów krabów i homarów. Wielu ludzi pracuje w rybołówstwie. Jeśli chodzi o kajakarstwo morskie, powiem tak: na południu jest wiele agencji turystycznych, które organizują pływanie kajakami morskimi. To są wycieczki dla turystów, jedno-, dwu-, czy trzygodzinne. Czasem całodniowe czy dwudniowe. Takie wycieczki łączą pływanie z interpretacją przyrody. Ogląda się zwierzęta – ptaki czy wieloryby. Przewodnik opowiada też o historii regionu czy też o jego geologii. Jest kilka agencji, które oferują kilkudniowe wyprawy, ale turyści chyba wolą jednak takie krótkie wypady na morze. A na północ Kanady zapuszczają się nieliczni i tam prawie w ogóle nie ma agencji turystycznych. Jest też trochę kajakarzy, którzy pływają na własną rękę, ale zwykle to też dotyczy krótkich wycieczek. Wyprawy organizowane przez nich trwają zwykle nie dłużej niż tydzień.

Czy można kupić w księgarniach przewodniki dla kajakarzy po wybrzeżu?
Tak. Są przewodniki. Jest na przykład duży przewodnik po całej Nowej Szkocji. Są przewodniki po Nowej Funlandii, po Labradorze i oczywiście po Zatoce św. Wawrzyńca. Ludzie często wypływają na zatoki, popływają w jednym miejscu i wracają na kemping. W sumie wiele zależy od wybrzeża – gdzie jest dużo wysp, głębokie zatoki, raczej wewnętrzne wody a nie otwarty ocean. Po drugie takie miejsce musi być dostępne samochodem, bo te kajaki jakoś trzeba dowieźć. W takich rejonach pływa trochę osób. Tam czują się bardziej bezpiecznie. Na północne wybrzeże Quebecu czy na Labrador podróż jest długa, jest też mniej miejscowości. Na takie coś decydują się raczej kajakarze bardziej doświadczeni.

Można mówić, że to masowy sport?
Kajakarstwo morskie w Kanadzie jest popularne od jakichś 10-15 lat. Ale czy jest to masowe? W Kanadzie bardzo popularne jest również kajakarstwo na rzekach, a  także spływy rzekami w canoe. Ogólnie jednak kajakarstwo morskie na pewno nie jest tak popularne jak narciarstwo zjazdowe czy biegowe.

rafal chmielewski


Ty jednak zajmujesz się szkoleniem przewodników w kajakarstwie morskim. Musi być zapotrzebowanie na takich ludzi.

Tak, na co dzień pracuję jako instruktor w szkole turystyki przygodowej, w miejscowości Gaspe, w prowincji Quebec. To specjalna szkoła, która przygotowuje przewodników w teren. Studenci, którzy później będą właśnie albo przewodnikami kajakowymi dla turystów, albo zimą będą pracować z psimi zaprzęgami, albo prowadzić trekkingi w góry. Nauka trwa trzy lata i kończy się uzyskaniem dyplomu państwowego. To jest licencjat. Taka osoba uzyskuje tytuł technika turystyki przygodowej. Ma uprawnienia na prowadzenie grup turystycznych. Każdego roku przyjmujemy około 60 studentów, a wypuszczamy mniej więcej 30-40. I tak naprawdę przewodnikami, ludźmi, którzy będą żyć z przewodnictwa będzie może 20 osób. Z tego może tylko 5 osób zostanie w tej branży na lata. Czasami szkoła spełnia bardziej funkcję edukacji przygodowej i przez naturę. Umiejętności „leadership” podczas wypraw przydają się później we wszystkich aspektach życia.

Czyli jednak nie jest łatwo znaleźć pracę w tym zawodzie?
W Kanadzie turystyka w dużej mierze opiera się na agencjach. Na przykład te w kajakarstwie morskim potrzebują przewodników tylko na lato, na dwa, trzy miesiące. Potem jest martwy sezon. Przychodzi zima i możesz pojechać gdzieś w inne miejsce i spróbować się zatrudnić w agencji oferującej na przykład przejażdżki psimi zaprzęgami. Co parę miesięcy musisz szukać pracy. Jest duża rotacja przewodników w agencjach i zwykle bycie takim przewodnikiem za długo nie trwa. 2-3 lata i ludzie mają po prostu dość, szukają czegoś stałego. Ja też ukończyłem tę szkołę. Przepracowałem rok jako przewodnik i dostałem propozycję bycia instruktorem i zarządzaniem wyjść w teren w ramach szkoły.

Opowiedz jak w ogóle trafiłeś do Kanady i skąd to zainteresowanie kajakiem?
Ukończyłem AWF w Warszawie, wydział rehabilitacji. Pracowałem w zawodzie parę lat w Polsce, a potem we Francji. Zawsze mnie ciągnęło do wszelkich aktywności w terenie. Wspinanie, narty, biegi górskie i triathlon. Trudno było to wszystko pogodzić, jak się mieszkało w wielkich miastach. I ciągle było mi mało. Do Kanady wyjechałem trochę dla przygody bez jakichś wielkich celów. Tam odkryłem szkołę turystyki przygodowej. Kajakarstwo bardzo mi się spodobało i zaczęło wypełniać większość czasu w lecie. Znalazłem parę elementów podobnych do wspinania, które wcześniej uprawiałem.

Kajakarstwo i wspinanie mają coś wspólnego?
Przestrzeń. Stan ducha i emocje. Sposób postrzegania natury. Można się zamknąć w swojej buli i odizolować od problemów codziennego życia.

W jaki sposób zostałeś instruktorem w szkole?
Szkoła szukała kogoś do organizacji magazynu i wyjść w teren. Chciała też instruktora z uprawnieniami na kajak i na narty. Ja miałem już pierwszy stopień instruktora kajakowego na lato. Na zimę miałem uprawnienia instruktora narciarstwa i ukończone szkolenia z bezpieczeństwa lawinowego. Poza tym byłem swój, bo ukończyłem tę samą szkołę – to też pomogło.

Musisz spędzać dużo czasu na morzu.
Jeśli prowadzę zajęcia z kajakarstwa, to mamy przez parę tygodni intensywne wyjścia w morze. Na początku muszę nauczyć studentów podstaw pływania na kajaku. Mamy więc wyjścia w morze na pół dnia, na jeden dzień. Bardziej jestem nastawiony na aspekt techniczny pływania na kajaku. Potem wypływamy na trzy dni. A na koniec nauki jest sprawdzian, czyli jedziemy na pięciodniową wyprawę do Nowej Szkocji. Bardziej wtedy pracuję ze studentami nad organizacją wypraw i zarządzaniem grupą kajakarzy.
Jeśli chodzi o moje prywatne pływanie, to w sezonie od kwietnia do października udaje mi się popływać 2-3 razy w tygodniu. Zdarza się też, że rano przed pracą czy po pracy, wyskakuję na krótkie pływanie, bo na przykład jest fala, więc można posurfować. Latem staram się też zawsze popłynąć na dłuższą wyprawę. W zimie na upartego też można pływać na kajaku, chociaż nasza zatoka jest zamrznięta i skuta lodem. Zimą też ogarnia mnie białe szaleństwo i bardziej interesuję się nartami niż kajakiem.

rafal chmielewski


Skoro jesteś instruktorem, muszą być jakieś sformalizowane poziomy wtajemniczenia?

Mamy organizację Paddling Canada, która obejmuje kajakarstwo rzeczne, morskie i canoe. I na przykład w kajakarstwie morskim są stopnie zaawansowania kajakarza. Są kursy i egzaminy na każdy poziom wtajemniczenia. Pierwszy stopień, to inicjacja, podstawy na spokojnych i zamkniętych wodach. Nawet bez eskimoski. Przy drugim stopniu pływa się już na otwartym morzu. Z takim stopniem studenci kończą naszą szkołę. Potem są jeszcze dwa stopnie. I zaczynają się schody. Na trzecim poziomie już trzeba wypłynąć daleko w morze, umieć nawigować, prowadzić grupę, wchodzą zaawansowane techniki pływania, takie jak „rock hoping” i surfing. No a czwarty poziom jest najwyższy. Musisz umieć sobie radzić w każdych warunkach na morzu i we wszystkich sytuacjach.

A ty który stopień posiadasz?
Ja posiadam trzeci stopień w kajakarstwie morskim. Został mi jeszcze jeden. Ale pozostawiam sobie zrobienie go na później i mi się nie spieszy. Żebym miał haczyk, powód, aby się rozwijać. Chcę też przystąpić do tego stopnia z przekonaniem, że mi się należy. Mamy jeszcze stopnie instruktorskie. Też cztery. I to funkcjonuje w ten sposób, że jeśli masz drugi stopień kajakarstwa morskiego możesz robić pierwszy stopień instruktora. Jak wspomniałem, mam trzeci stopień wtajemniczenia i miesiąc temu uzyskałem drugi stopień instruktora. A ludzi, którzy mają czwarty stopień instruktorski to jest może pięciu w całej Kanadzie.

To pewnie są jacyś guru?
Są. Właściwie każda prowincja ma swojego guru. Moim guru jest Christopher Lockier, który jest z Nowej Szkocji. Zdaję u niego moje stopnie. To facet, który pływał niemal wszędzie, na całym świecie. Ma niesamowite umiejętności techniczne, doświadczenie w pływaniu w trudnych warunkach. Patrząc na ciebie, na to jak wiosłujesz, jak prowadzisz kajak widzi, wszystkie twoje błędy i potrafi to skorygować. Widzi kajakarza na wylot. Tyle, że on się mniej fascynuje długimi wyprawami. Interesuje go bardziej pływanie techniczne, w trudnych warunkach właśnie. Przepłynął słynną Zatokę Fundy w Nowej Szkocji. To zatoka, która ma największe pływy na świecie, 14 metrów, i wymaga bardzo dobrej nawigacji. Za to najbardziej chyba na sposób organizowania, odbywania wypraw i wynajdowania miejsc do pływania wpłynął na mnie mój przyjaciel i partner z pierwszej dłuższej wyprawy – Simon Cote. To człowiek „maszyna do wiosłowania”. Zresztą fakt, że był w zespole Kanady na Adventure Race National Championship mówi za siebie. Moja pierwsza wyprawa kajakowa bardziej przypominała właśnie „adventure race”. Wstawaliśmy o godzinie 4 rano i wiosłowaliśmy po 10-12 godzin. Nawet jeśli wiało w twarz i ledwo co się przesuwaliśmy do przodu. Zatrzymał nas tylko sztorm – na dwa dni. 500 kilometrów zrobiliśmy w 12 dni. Jedyne co wymusiłem na moim partnerze, to 30-minutowa przerwa w ciągu dnia.

Czy w Kanadzie jest środowisko ludzi, którzy pływają na dłuższe wyprawy?
Wiem, że kajakarze czasem się organizują w dwie, trzy osoby i robią jakieś dalsze wycieczki, ale zwykle odwiedzają bardziej turystyczne regiony. Miejsca bliskie cywilizacji, gdzie łatwo dojechać samochodem. Oczywiście mam kilku znajomych, którym mógłbym zaproponować taką dalszą wyprawę, ale to jest kwestia czasu, wyrwania się z domu, z pracy. Nie ma zbyt wielu chętnych, żeby spędzić dwa czy trzy tygodnie urlopu wyłącznie na kajaku. Nie wszyscy też marzą koniecznie o intensywnym wiosłowaniu przez 10 godzin dziennie.


Czyli można powiedzieć, że jesteś jednym z nielicznych kajakarzy morskich, którzy w Kanadzie wypuszczają się sami na dalekie wyprawy?

Na początku to nie zdawałem sobie z tego sprawy. Teraz jednak, jak patrzę na to z perspektywy, to mogę stwierdzić, że podczas moich trzech dłuższych wypraw nigdy nie spotkałem innych kajakarzy. I w sumie fakt, że pływam głównie sam, jest związany z tym, że trudno mi jest znaleźć partnerów na dłuższe intensywne wypłynięcie. Zauważyłem też, że mam już etykietkę, że wyprawa na kajaku ze mną będzie bardziej przypominała wiosłowanie na galerze, niż przyjemność (śmiech).

W ostatnich latach zaliczyłeś kilka poważniejszych wypraw. Opowiedz choć krótko o nich.
Tak. Te większe wyprawy były trzy. Popłynąłem wzdłuż północnego wybrzeża Zatoki Świętego Wawrzyńca. Wyprawa z Simonem. Popłynęliśmy statkiem z kajakami daleko na północ i spłynęliśmy na południe. Opłynąłem też samotnie wyspę Cap Breton. Tu zaliczyłem 600 kilometrów i to trwało 16 dni. No i w ubiegłym roku, też sam, zaliczyłem nieco krótszą trasę, ale trudną. Północno-Wschodnie wybrzeże Nowej Funlandii. W tydzień pokonałem niecałe 300 kilometrów. Wspaniałe skaliste wybrzeże. Góry lodowe i wieloryby na wyciągnięcie ręki. Mówię to, żeby nie było, że liczę tylko kilometry.

Jak wygląda sprawa z prowiantem podczas wypraw?
Właśnie. Jeśli nie ma po drodze miejscowości, sklepów, to nie ma się jak zaopatrzyć. Zresztą nie wszystko co jest w sklepie, można zabrać. Przykład. Na wyprawie wzdłuż północnego wybrzeża Zatoki Świętego Wawrzyńca zrobiliśmy sobie skład żywności. Płynąc statkiem na północ, w połowie drogi, gdy statek zatrzymał się w jakiejś miejscowości, o której wiedzieliśmy, że będzie na naszej drodze, zostawiliśmy jedzenie u kogoś w domu. Ta wyprawa była dość daleko na północ. Większość jedzenia, które zabieramy jest suszona na specjalnych suszarkach – liofilizowana. Kwestia ciężaru, konserwacji i objętości. W kajakach, które używamy, możemy zabrać jedzenia na mniej więcej tydzień. Nigdy nie transportuję sakw na kajaku, wszystko musi się zmieścić do komór.

Wolisz pływać sam czy z partnerem?
Pływając samemu podejmujesz decyzje sam i sam jesteś za nie odpowiedzialny. Chcesz płynąć? Płyniesz. Nie chcesz płynąć? Nie płyniesz. Chcesz wstać później? Wstajesz później. Masz swobodę w podejmowaniu decyzji. Do partnera musisz się też dostosować, ułożyć z nim plan dnia i tak dalej. Płynąc samemu w pełni chłoniesz, jak sucha gąbka, otoczenie, krajobrazy i atmosferę miejsca. Nie masz żadnych filtrów w postaci partnera, który coś do ciebie mówi, ma jakiś inny punkt widzenia.
Jeśli decydujesz się płynąć z kimś, ważne, żeby płynąć z osobą, z którą nadajesz na tych samych falach i z którą się łatwo komunikujesz. Przed dłuższą ekspedycją dobrze jest spróbować siebie nawzajem na jakiejś krótszej parodniowej wyprawie, żeby uniknąć niespodzianek. Prawdziwa natura człowieka wychodzi w podróży. Ktoś, kogo dobrze znasz, może się okazać kompletnie kimś innym podczas wyprawy.
Zgadzam się, że przyjemnie być z kimś, bo można dzielić wrażenia, mieć wspólne wspomnienia i przygody. Sprawia mi też dużo satysfakcji odkrywanie kajakarstwa dla nowych adeptów tej aktywności.

rafal chmielewski


Z drugiej strony z partnerem jest bezpieczniej?

Zgadza się. W grupie jest bezpieczniej. Może się zdarzyć jednak, że mniej doświadczone osoby mogą być źródłem twoich problemów. Jest też czynnik złudnego poczucia bezpieczeństwa w grupie. Stajemy się mniej wyczuleni na sytuacje potencjalnie groźne. Podczas organizowania wypraw, trzeba jasno określić cele, znać poziom uczestników. Dopasować taką wyprawę do poziomu grupy. Zbyt trudne warunki mogą sfrustrować uczestników. Brak wyzwań i przygody zresztą też. Rolą lidera czy przewodnika jest znalezienie tej równowagi.

Ile lat trzeba trenować, żeby się samemu wypuścić na takie eskapady?
Dość szybko można osiągnąć odpowiedni poziom techniki. Im więcej się pływa, im więcej wykonuje manewrów tym człowiek szybciej to opanuje. Problem leży nie w technice, ale w doświadczeniu. Żeby swobodnie poruszać się po morzu, przy różnych jego stanach. Na początku wielkie fale, łamiące się, wprost przerażają. Dlatego trzeba właśnie ćwiczyć w coraz trudniejszych warunkach. Zacząć od spokojnego morza i stopniowo pływać na coraz bardziej wzburzonej wodzie z falami i przy wietrze. Kolejny etap to pokonywanie skał, tzw. rock hoping. To taka umiejętność, dzięki której, niesiony przez odpowiednią, wyczekaną falę, przepływasz ponad skałami. Ale doświadczenie to nie tylko kwestia pływania. To również umiejętność czytania morza, pogody, przewidywania, umiejętności zachowania się w trudnych warunkach, choćby podczas burzy na morzu.

Trenujesz specjalnie w trudnych warunkach?
Tak, żeby być przygotowanym na niespodziankę na morzu. Podczas wzburzonego morza po sztormie, czasami podczas, wynajduję miejsca do surfowania i zbliżam się do skał, żeby się znaleźć w „pralce”.
Podczas wypraw zwykle jestem w stanie przewidzieć, jaka będzie pogoda za godzinę. Nabierasz z czasem też doświadczenia, czy nawet masz ze sobą radio i możesz wysłuchać prognozy pogody dla marynarzy.
Ja osobiście decyzję o tym czy płynę, czy zostaję na brzegu uzależniam od strefy mojego komfortu. Jeśli na morzu czuję się pewnie to płynę. Jeśli czuję się niepewnie i zaczynam za bardzo przekraczać moje granice poczucia bezpieczeństwa odpuszczam i przeczekuję. Podczas samotnych wypraw nie rzucam się specjalnie na rozszalałe morze, żeby spróbować sił. Z czasem twoja technika i doświadczenie rośnie, ale też razem z tym obawy, bo jesteś mniejszym ignorantem.

Masz w głowie jakąś wyprawę-marzenie?
Moim marzeniem jest Labrador i Grenlandia. Uwielbiam lodowce, góry lodowe, wieloryby i chciałbym tam popłynąć wzdłuż wybrzeża. Szukam na moje wyprawy terenów odległych i niedostępnych. Powoli takie miejsca stają sie towarem luksusowym. Moim marzeniem jest popłynąć też na podobne wyprawy z kajakarzami z Polski.

rozmawiał: Jakub Karp

 

Drukuj PDF

Książki sportowe i wojskowe