poniedziałek, 26 września 2016

BANER JAKUCJA 980X200

Martwiłem się o ludzi

 

Tomasz Mackiewicz


Tomasz Mackiewicz i Marek Klonowski w grudniu 2012 roku pojechali pod Nanga Parbat (8125 m n.p.m.) – jeden z trzech ówcześnie niezdobytych zimą ośmiotysięczników. To była ich trzecia próba wejścia na tę górę.
W tym samym czasie Nangę Parbat próbowały zdobyć dwa inne zespoły – włosko-francuski i węgiersko-amerykański, a także samotnie działający Francuz, Joel Wischnewski, który w lutym zaginął na stokach góry.
Tomasz Mackiewicz wraz z Markiem Klonowskim przez kolejne tygodnie mozolnie zdobywali wysokość na drodze Schella, od południowej strony góry (flanka Rupal). 27 stycznia dotarli do wysokości 6600 m n.p.m. i tam założyli obóz 3.
Kolejne dni zaparły dech wszystkim, którzy śledzili tę wyprawę na bieżąco. Tomasz Mackiewicz pozostał na górze sam i przez kilka dni przeczekiwał załamanie pogody. Potem dokonał samotnego rajdu w kierunku szczytu, osiągając wysokość 7400 m n.p.m. Od 17 lat nikt nie wspiął się zimą wyżej na Nanga Parbat.

 

Schemat drogi Schella na Nanga Parbat (8125 m n.p.m.)
droga schella nanga parbat

 

 

Wywiad został przeprowadzony 24 lutego, 9 dni po powrocie Tomasza Mackiewicza do Polski.

Przeczytaj również wywiad, którego Tomasz Mackiewicz udzielił Forum Extremum przed wyprawą: Kochamy tę górę.

 

Forum Extremum: Rozmowę przed wyjazdem zaczęliśmy od tego, że zainteresowanie mediów waszą wyprawą było małe. Czy teraz, po powrocie, media się zainteresowały? Chyba tak, bo trafiłeś nawet na pierwszą stronę Gazeta.pl?
Tomasz Mackiewicz: Słyszałem o tym, ale… nie. To znaczy oprócz ciebie jest jeszcze jedna osoba, która też chciała przeprowadzić wywiad. Ale tak, to nie specjalnie jakoś… Jadę zaraz na dwa festiwale podróżnicze, na Włóczykija i na Kolosy, ale to organizatorzy mnie namówili…

Telewizje z kamerami pod domem nie stoją?
Zdaję sobie sprawę z tego, że musi być jakieś wsparcie medialne, żeby ktoś na przykład chciał wesprzeć finansowo naszą wyprawę w przyszłym roku … No i właściwie dlatego jestem skłonny współpracować w przyszłości z mediami, zmusić się…

Żeby porozmawiać ze mną?
Tak, też, bo ja się trochę czuję zakłopotany w takich sytuacjach, trochę zawstydzony tym, że mówię tak dużo o sobie, że w ogóle muszę mówić...

Dlaczego?
Jakaś fobia taka (śmiech).

Siedemnaście dni temu byłeś jeszcze na tych 7400 m n.p.m. Teraz w domu pod Warszawą. To duży szok?


Musiałeś do siebie dojść?

Właściwie nie miałem żadnych problemów z organizmem. Poza tym, że chyba za szybko zeszliśmy i z płucami był kłopot. Jakieś zapalenie oskrzeli albo płuc. Ale tam, w górach, czułem się wyśmienicie. Nawet nie wiedziałem, że 21 dni minęło od wyjścia z bazy. Bo my wyszliśmy z bazy razem, lecz po jakimś czasie Marek się odłączył, a ja zostałem. Dopiero jak zszedłem, to mi  powiedzieli, że 21 dni mnie nie było. A dla mnie to było zdumiewające, tak dobrze się tam czułem.… (śmiech).

Jakbyś był u siebie?
Po prostu niewiarygodne. Sam nie mogę tego pojąć. Przede wszystkim bardzo silne poczucie bezpieczeństwa. Paradoksalnie silne, bo nieadekwatne zupełnie do warunków tam panujących.

Jest taka słynna żeglarska historia. W 1968 roku odbył się wyścig, kto pierwszy opłynie samotnie Ziemię bez zawijania do portów – z Wielkiej Brytanii, przez Przylądek Dobrej Nadziei i Horn. Wystartowało kilku żeglarzy, wśród nich byli zupełni amatorzy. Jeden nawet udawał, że płynie na południe, a kręcił się po Atlantyku. W końcu popełnił samobójstwo. Jeden z liderów wyścigu, Francuz, Bernard Moitessier, tak dobrze czuł się żeglując samotnie, że już prawie będąc na mecie, po opłynięciu globu, zawrócił i popłynął dalej: z Atlantyku na Ocean Spokojny. Podkreślał, że on się oceanu nie boi, czuje się na nim dobrze. Po przeczytaniu o tej historii i po rozmowach z ludźmi, którzy robią podobne rzeczy, przekraczają pewne granice ludzkich doświadczeń, doszedłem do wniosku, że ludzie ci dobrze się czują w tym, co robią. Góra, ocean, jaskinia, lodowa pustynia ich nie przerażają, oni z nimi nie walczą. Czują się jak u siebie.
No jest coś w tym właśnie takiego. Ja tego nie rozumiem do końca, jakie tam mechanizmy zachodzą w głowie, ale po prostu  tam czuję się znakomicie. Bardzo byłem szczęśliwy, że tyle czasu w górze spędzamy.

To zacznijmy od początku. Przyjeżdżacie do Latobah…


Pod Turnią Wielickiego?

Tak, i do Turni Wielickiego.  Wcześniej  myśleliśmy, że ta turnia jest bardziej na prawo. Stąd nieporozumienie i informacja na naszym blogu , bo byliśmy przekonani, że idziemy inną, nową zupełnie drogą. Ale szybko wyszliśmy z błędu, bo znaleźliśmy od razu jakiś hak na tej drodze powyżej obozu pierwszego, i stwierdziliśmy, że to musi być jednak Schell. Kiedy  dotarliśmy do Latobah, pojawiła się kwestia, gdzie rozbić bazę? Mieliśmy namiot bazowy,  ośmioosobowy, duży, ale się okazało, że Latobah to jest normalna wioska opuszczona zimą przez miejscowych. Choć nie do końca, bo jeden pasterz tam mieszkał. Miał 50 owiec w stadzie i tam je wypasał.

Nie było śniegu w okolicy?
Śnieg był, ale jak się szło w stronę naszego ABC, w stronę lodowca, to południowe zbocza były odsłonięte, i oni tam chodzili wypasać owce. Także na wysokości 3700-3800 m n.p.m. nawet zimą pasą się owce. Okazało się, że domki w wiosce są wolne, więc jeden z nich  zaadoptowaliśmy. Z tym pasterzem, a później z ludźmi z wioski Rupal, mieliśmy bardzo dobre relacje. Bardzo sympatycznie było, piec nam załatwili. No i mieszkaliśmy w tym domku na 3500 m n.p.m. Stamtąd powoli zaczęliśmy wychodzić. Najpierw właśnie ten rekonesans w poszukiwaniu właściwej drogi i w końcu założyliśmy ABC na 4100 m n.p.m.

U stóp lodowca.
Tak. Od bazy, od Latobah to był w sumie dosyć spory kawałek, tak dystansowo, ale za to bardzo łatwy. Żadnych problemów technicznych. Po prostu człapanie. Dwie godzinki się szło. Dwie i pół. I z tego ABC przeskakiwaliśmy przez lodowiec. Z kolei tutaj dużo seraków wisiało w górze, które spadały i ściągały wszystko po drodze. To był stresogenny trawers przez lodowiec.

Szeroki?
Przejście zajmowało z 5 minut może. Nieduży lodowczyk, ale wystarczy, no, naprawdę wystarczy 5 minut żeby… bo jak zaczyna spadać, to minutę nawet nie trwa, zanim lawina przetnie naszą drogę przez lodowiec. Nie zdążysz uciec. Nie masz szans. Na środku tego lodowca był wielki kamień. Do kamienia mieliśmy dwie minuty, za nim mogliśmy się schować. I później znowu skok dwie minutki. Za lodowcem szło się przy skalnych formacjach. Potem w lewo, w górę, w fajny kuluar. Gdzieś tu w jaskini założyliśmy sobie jedynkę na 5100 m n.p.m.

Ta droga jest trudna technicznie w dolnych partiach?
To jest po prostu człapanie w nachyleniu 30 stopni. Tam jeszcze nie ma w ogóle śniegu,  w tym czasie. Zima się dopiero zaczyna 20 grudnia, a poważne śniegi przychodzą dopiero w lutym. I to każdy lokalny wie, a my już z trzyletniego doświadczenia też wiemy, że śniegu nie ma w styczniu. Dlatego tak wcześnie w tym roku wyjechaliśmy, żeby 20 grudnia już być w bazie i działać.

Więc obóz pierwszy na 5100 m n.p.m.
Tak. Doszliśmy do 5100, tam założyliśmy jedynkę w takiej fajnej jaskini… Właściwie to doszliśmy gdzieś do 4900-5000 i rozbiliśmy obóz na grzbiecie, pod skałą, w śniegu. Ale ta platforma słaba była, więc następnego dnia wypatrzyliśmy przez lornetkę troszeczkę wyżej jaskinię.

Lodową czy skalną?
Normalną, skalną jaskinię. Fajną, z dobrymi warunkami, zero wiatru, spokój, cisza. Do tej jaskini się przenieśliśmy z jedynką… Poszliśmy wyżej jeszcze, weszliśmy na 5500, ale wiedzieliśmy, że mają być złe warunki. Dlatego nie pchaliśmy się bardzo wysoko. Mieliśmy świadomość, że jesteśmy na Schellu, że dojdziemy do Turni Wielickiego, nie wiedzieliśmy jednak, czy przed nią będą warunki, żeby wykopać platformę. Dlatego też, kiedy tylko doszliśmy  do kopnego śniegu, na 5500, to od razu wykopaliśmy norę, bo wiedzieliśmy, że następnego dnia będzie straszne załamanie. Faktycznie tak było,  następnego dnia był potworny wiatr, załamanie, i  w tej norze przeczekaliśmy. Po czym, po załamaniu, to chyba dwa dni później było, poszliśmy w górę, w stronę Turni Wielickiego. To jest tak naprawdę najtrudniejszy technicznie odcinek na całej drodze.

Gdzieś czytałem, że to nie był dobry wariant zrobiony przez Krzysztofa Wielickiego, bo ta turnia strasznie trudna do wspinania. Trudności czwórkowe czy więcej?
Dużo więcej. Wszedłem tam na rekonesans, zobaczyć jak to wygląda. Jest to męczarnia po prostu.

Ile tych trudności jest? 100 metrów?
To jest 100-150 metrów takiej ostrej ściany skalnej, płyty.

Coś w stylu Zamarłej Turni?
Coś w tym stylu. Na tej wysokości, w zimie, włażenie tam  musi być strasznie obciążające, i ktoś, kto prowadził to, no, to po prostu szacun… Zwłaszcza, że od razu widać, że w prawo można pocisnąć i zobaczyć przynajmniej, co się dzieje. My poszliśmy od razu w prawo. Patrzymy, jest droga, elegancka.

Skała? Śnieg?
Mikst. Trzeba było najpierw trawersem przejść, odrobinkę lodu, ale nie za dużo, trochę śniegu kopnego. Później się wchodziło na stromy garb i tam zrzuciliśmy poręcze. Na tym garbie później już się poprawiło. Jakieś 50, może 60 stopni. W głębokim śniegu, trochę mikstem, ale fajnym, bezpiecznym. Na końcu, już przed samym wyjściem na grań, trzeba w żleb się wbić, może z 70 stopni nachylenia. I ze 100 metrów do góry.

Lawiniasto?
Tam to wszystko już wyjechało. Stromo, więc co nasypało, to spadło od razu.

Poręczowaliście te odcinki?
Szliśmy z lotną asekuracją, a później poręcze zrzucaliśmy na zejściu. Przyznam, że ze względu na budżet kupiliśmy liny poręczowe w sklepie rolniczym. Cienkie sznurki, sześciomilimetrowe. Po 60 groszy za metr. Mieliśmy tego ze dwa kilometry. I w tym najtrudniejszym miejscu podwójną linę rzuciliśmy.

A do turni poręczowaliście?


Lawina na ciebie?

Prosto na mnie. Ja byłem 200 metrów niżej. My w dużych odstępach szliśmy na dole. Od razu ją wypatrzyłem. Na szczęście miałem dobrą skałę po lewej. Trzy szybkie kroki zrobiłem na…, że tak powiem, „dupościsku” i schowałem się.

Zasypało Cię?
Przeleciało. To znaczy, fala uderzeniowa była. A później tylko rzeka śniegu płynie. Olbrzymia. I to też niesamowite wrażenie robi, po prostu masz  silny nurt śniegu, który płynie. Widać, że tego jest dużo, i że to straszna siła, że może zwyczajnie porwać. Ale za tym kamieniem bezpiecznie było.

Pod turnią założyliście obóz drugi na 5750 m n.p.m.
Tak jest. I zeszliśmy na dół do bazy, ale tam w C2 spędziliśmy bodajże jedną noc, więc mieliśmy już wstęp do aklimatyzacji. Zeszliśmy na dół, trochę restu, i później było kolejne wyjście, z linami, z ciężkimi plecorami.

A jak z aklimatyzacją?
Przydałoby mi się wtedy, przed tym atakiem, jedno zejście do bazy, odpoczynek i jeszcze raz zaatakować. Ale po prostu nie mogłem tego zrobić… To było tak, że …. no dobra, jedziemy na całość.

Czyli robiąc czwarte wyjście do góry, bo tylko tyle ich było, wiedzieliście, że to jest ostatni raz? Albo wóz, albo przewóz?
Tak, wiedzieliśmy. Tylko, że liczyliśmy, że może szybciej to się będzie toczyć. Ale pogoda nas tam trzymała cały czas w szachu. Już były wtedy jakieś opady na dole, pułap chmur nisko. Wiedzieliśmy z doświadczenia z zeszłego roku, że jak zejdziemy, a zasypie dół, to fizycznie nie da się przedrzeć do góry. I właśnie Daniele Nardi z Elizabeth Revol, a także  ekipa węgiersko-amerykańska – oni właściwie z powodu śniegu zrezygnowali. Tyle spadło. A na górze wszędzie czyściutko, bo wywiało. Na górze wiatry, a na dole chmury i śnieg. Od turni w dół wszystko zasypane. I lawiniasto, niebezpiecznie. Na zejściu można sobie tam szybko zlecieć, ale podchodzić… można się nie przedrzeć po prostu.

Spędziliście kilka dni powyżej 6000 m n.p.m.
Chyba dwa dni z Markiem w obozie trzecim na 6600 siedzieliśmy. Może trzy. Wcześniej, na 6100, też czekaliśmy w norze ze dwie noce.

A potem rozdzieliliście się. Skąd taka decyzja?
Marek jest bardzo silny fizycznie i to go też niszczy, bo się szybko zajeżdża. Nie potrafi sobie odpuścić: no dobrze, myślę, dzisiaj się zajechałem, to zrobię rest, żeby się nie zajechać jeszcze bardziej. A on często był szybszy ode mnie. W pewnym momencie powiedział mi, że schodzi, że ma problemy z nogami. W ogóle ze zdrowiem. Słaby się zrobił. Trzęsły mu się mięśnie, poza tym miał spuchniętą twarz, więc wiedziałem, że to wysokościówka go bierze. Jak stwierdził, że musi schodzić… Ja wiem już, jaki on jest, że on po prostu, jak nie musi schodzić, to nie schodzi. Zszedł, a ja postanowiłem, że nie mogę zejść, choć dobrze by było, ale wiadomo też było, że idzie straszne załamańsko pogodowe.

Ryzykowna decyzja, żeby tam zostać.
Znamy się z Markiem dobrze. W Kanadzie spędziliśmy dużo czasu razem. Przeszliśmy tam 360 kilometrów przez Góry Świętego Eliasza. Znamy się już jak łyse konie. On był załamany, że ja nie chcę z nim schodzić, ja z kolei nie byłem załamany, że on chce schodzić, bo wiedziałem, że jak musi, to musi.

Czyli bał się o ciebie?
Trochę się bał. A ja, tak jak mówię – coś mi się zrobiło z psychą, że stwierdziłem, że się tam czuję bardzo dobrze, i że nic mi nie grozi. Jakiś taki kontakt z absolutem złapałem (śmiech).

Policzyłem, że spędziłeś 14 dni powyżej 6000 m n.p.m. Choroba wysokościowa cię nie brała?
To jest też fenomen mózgu, że człowiek wpada w taki stan… Obserwujesz  swój organizm… Ja obserwowałem swój organizm bardzo uważnie, bo się bardzo boję obrzęku mózgu.  Właściwie to tego boję się najbardziej. Bo płuca to można jeszcze skontrolować. Płytki oddech, bulgotanie, no i coś się zaczyna dziać. Masz trochę czasu, żeby zareagować. A z mózgiem to już nie jest tak łatwo. Po prostu budzisz się rano i jesteś w innym świecie.

Byłeś sam, nikt cię nie mógł skontrolować, obserwować twojego zachowania.


Żeby wentylować jamę?

Właśnie nie. Byłem dosyć szczelnie zamknięty w norze, bo strasznie wiało na dworze. Jak tylko była malutka szparka, to budziłem się rano cały zasypany. I nie za bardzo można było tego śniegu się pozbywać. Warunki straszne na zewnątrz.

Ile czasu tam spędziłeś?
W sumie cztery dni i pięć nocy.

Nie wychodziłeś na zewnątrz w ogóle?
Nie. wszystkie potrzeby, wszystko załatwiane na miejscu (śmiech).

I co robiłeś przez tyle czasu?
Myślałem. Dawałem się ponosić swoim wyobrażeniom. Wyobrażałem sobie różne historie i wiedziałem, że to jest forma rozrywki. Wymyślałem jakąś historię i sobie za nią podążałem. Miałem oczywiście jakieś akcje psychiczne. Leżę sobie, a tu jakiś robak przebiegł po suficie, i po nodze jakiś robak przebiegł, a ja: co jest, kurde, przecież tutaj nie może być robaków! (śmiech). Tego typu halucynacje jakieś małe były.

Leżałeś w śpiworze przez cztery dni?
W śpiworze. Tak. No i bardzo rzadko wychodziłem ze śpiwora…

Nie było ci zimno? Pewnie na zewnątrz z czynnikiem chłodzenia wiatrem mogło być i minus 50 stopni Celsjusza?
Mogło być bardzo zimno. Ale w środku, w norze, w śpiworze, w kombinezonie puchowym, w całym tym rynsztunku spałem, to było dosyć ciepło..

Komfortowo?
To znaczy szału nie było. Musiałem się naprawdę przełamywać, żeby ręce wyjąć ze śpiwora i odpalić kuchenkę. Naprawdę trzeba było się przełamywać i  przełamywałem się. Ale ogólnie to był dobry czas.

Nie bałeś się?
To wszystko można obserwować jakby z boku i… Wydawało się, że przecież właściwie to nic złego się nie dzieje.

Nie obawiałeś się, że Cię śnieg odetnie? Że nie będziesz mógł zejść?
Zejścia się nie bałem, bo wiedziałem, że w trudnych warunkach można nawet obrać inną drogę na zejście. Były możliwości. Poza tym, można się zawsze trzymać bliżej skały, zawsze można zrzucić jakąś lawinkę, żeby ściągnęło wszystko po drodze. Zejścia się nie bałem. Najbardziej się bałem, że coś się może stać z organizmem, że właśnie ta głowa, że nie mam na to żadnego wpływu..

Byliście z Markiem umówieni, że on do ciebie ewentualnie przyjdzie?
Nie. Ja wiedziałem, że Marek nie przyjdzie już, bo wiedziałem, że ten śnieg go odetnie. Zejść można, ale z podejściem to już gorzej. Schodzi się szybko. A podchodzić, jak masz śnieg po pas, no to lipa. Więc wiedziałem, że raczej Marek nie przyjdzie. Poza tym faktycznie nie był już w najlepszej formie. Stracił czucie w nogach, drętwiały mu, palec u ręki mu  też trochę zabrało, bo miał dziurę w rękawiczce.

Ale byliście w kontakcie telefonicznym?
Właśnie nie, bo mieliśmy tylko jeden telefon satelitarny. Ja wysłałem SMS-y do kolegi, który wstawiał informacje na bloga, a on wysłał maila do Marka. Bo Marek miał dostęp do Internetu na dole.

Czyli czekałeś na okno pogodowe?
Czekałem. Ja wiedziałem, ze siódmego lutego będzie okienko pogodowe, bo wszystkie meteoinformacje na to wskazywały. I Broad Peak też sugerował, że siódmego jest ładny dzień. Bezwietrzny. Więc postanowiłem, że szóstego wyjdę do czwórki.

Mimo wiatru?
Założyłem, że nie interesuje mnie to. Szóstego wychodzę tak czy siak do czwórki, bo siódmego będzie ładna pogoda i siódmego idę na szczyt.

Czwórki jeszcze nie mieliście. Wszedłeś powyżej tej jamy w dziewiczy teren dla was?
Tak. Ale mniej więcej wiedziałem, co tam nas czeka. Chociaż jak przeszedłem przez taki grzbiet skalny, to dopiero zobaczyłem pola śnieżne, które trzeba było pokonać. Potężne i strasznie uszczelinione. Dużo szczelin, seraków, takich gigantycznych jak dom. Więc wolno ten teren się robiło, powolutku sondowałem te szczelinki.

Nie zatrzymało cię to?
Poruszanie się solo po lodowcu przetrenowane mamy dosyć dobrze. Nawet nie czuję lęku przed lodowcami. Latem tak, ale zimą jest łatwiej znacznie, bo ten śnieg, tam na górze, jest wydmuchany, te szczeliny często są poodkrywane, łatwo ten teren sondować. Miałem długi czekan, kijek miałem.

I przeszedłeś na drugą stronę grani?
No i właśnie, to była też ciekawa historia, bo jakoś miało tego szóstego mimo wszystko nie wiać tak bardzo. Doszedłem do grani Mazeno i przeszedłem na drugą stronę. A tu wiatr z dołu, od ściany Diamir. Uderzał w zbocze i prosto szedł do góry. Tak, że jak przeszedłem na tę stronę, to straszne piekło było. Założyłem sobie, że na 7400 założę obóz, ale mnie tak już po prostu wywaliło w kosmos, tak mnie zmiażdżyło tam … Tylko szukałem miejsca, gdzie się rozbić. I co chwilę widziałem w górze, że jest fajne miejsce na obóz, ale jak dochodziłem, to okazywało się, że to tylko złudzenie, niestety, że jest stromo i wszystko zmarznięte, nie da się wykopać platformy.

Zmrożony śnieg? Firn?
Płytka zmarzlina, a pod spodem lód. Albo lód wywiany i kamole pod spodem. Ciężko było nawet znaleźć miejsce, żeby sobie taką platforemkę pod namiot wyryć. Doszedłem do kolejnego kamolca, za którym okazało się, nie ma możliwości. Już po prostu stwierdziłem, że ratuję skórę. Autentycznie.

Która godzina była?
Już był wieczór. Późny wieczór.

Ciemno?
Jak już kopałem platforemkę, to było ciemno. I wiatr taki, że łap nie czułem. Już musiałem się ratować, już po prostu ryłem cokolwiek. Jedna łapa pod kombinezon, chwilę ją rozgrzać i parę sekund znów mogłem pokopać. Czułem, że tracę palce u rąk. Więc wyryłem tam tylko taką nieckę pod jedną osobę.

I postawiłeś namiot?
Namiot był znaleziony, bo już nie mieliśmy więcej namiotów. Na 6600 znaleźliśmy ten stary obóz Hi-Mountain, i tam odkopaliśmy taki fajny szturmowy namiot leciutki. I ja go wziąłem. Ale tylko jeden maszt miał.

Dwa namioty szturmowe tylko mieliście?
Kasy nie było. Tam na górze byliśmy przygotowani na nory, że jednak ryjemy nory. I jeszcze oprócz tego mieliśmy taki zestaw podwójnych śpiworów Małachowskiego. Zresztą sami wszystko na własnych plecach, więc namiot, liny, żarcie, kartusze, każde dwa kilo, to jest .… To naprawdę wymaga strasznego wysiłku. Byliśmy przygotowani na to, że śpimy na śniegu, bez żadnych namiotów, bez płachty i tak dalej. Ostatecznie mój biwak na 7150 skończył się właśnie w takiej niecce śnieżnej. Zawinięty tym namiotem byłem, w śpiworach. No i tam już było źle. Trząsłem się cały.

Spałeś tej nocy?
Bardzo słabo. Koszmary jakieś. Byłem też wymęczony, ale wiedziałem, że mam tylko jeden dzień, siódmy lutego.

I postanowiłeś, że jednak spróbujesz?
Że mimo wszystko wyjdę następnego dnia.

W nocy wiatr zelżał?
Wiatr zelżał i faktycznie rano nie było wiatru. Ładny dzień, słoneczny.

Nie wiało w ogóle?
To znaczy wiało, na górze widać było taki dymek, tak że wiadomo było, że na górze będzie wiało. Wstałem, wyszedłem z tego zawiniątka. Pogotowałem.

Zostawiłeś sprzęt w tym miejscu?
Wszystko tam zostało.

Szedłeś na lekko?
Miałem tylko litr picia zrobiony i trzy snickersy. Rano, na śniadanie, próbowałem zjeść liofa, ale niestety żołądek odmawiał.

Ogólnie czułeś się dobrze?
Czułem się dobrze, tylko słabość taka… Jakbym ciała nie miał. Tak jak w snach, że biegniesz gdzieś czy z kimś walczysz, ale nie masz siły podnieść ręki.

Wszystko na zwolnionych obrotach?
Słabość czułem, no, ale polazłem.

Ale psychicznie byłeś nastawiony na to, że wejdziesz na górę, czy tylko chcesz spróbować?
Ja byłem nastawiony, że wejdę. Tylko że masa komunikatów do mnie przychodziła SMS-owych od znajomych, które mi osłabiły morale troszeczkę. I nawet zdecydowałem, że następnym razem nie biorę ze sobą telefonu w góry.

Co znajomi pisali?


Wcześniej wysłałeś informację, że spróbujesz tylko do 7400 i wracasz.

Tak. Że pójdę wyżej, zobaczyć. Gdyby to była droga prosta na szczyt, jakimś kuluarem śnieżnym, fajnym, to myślę, że bym pocisnął, ale ta droga jest skomplikowana, naprawdę skomplikowana. Na zdjęciach to wygląda banalnie. Ale tam po prostu stoisz, wielkie skały wszędzie. I zacząłem się wbijać pomiędzy te skały, takimi kuluarami szedłem na te 7400. Tędy. Tak. Ten mój obóz był gdzieś tu, w tych śnieżnych partiach (pokazuje drogę na zdjęciu).

 

Na fotografiach, z dwóch różnych perspektyw, zaznaczono miejsce biwaku na wysokości 7147 m n.p.m. oraz drogę z dnia 7 lutego 2013. Linia wykropkowana - droga za granią, niewidoczna. Linia przerywana - powrót do biwaku (zdjęcia wykonane podczas wyprawy Mazeno Ridge 2012 i udostępnione dzięki uprzejmości Cathy O'Dowd)

 

O której wystartowałeś?
Nawet nie wiem, nie miałem zegarka. Ale wcześnie, skoro świt. Dokładnie z samym słońcem. Jak właśnie to słoneczko mi oświetliło trochę namiocik, to ja wylazłem. Bo słońce powoduje, że robi się cieplej. Od razu jest inna bajka.

Wszedłeś na turnię i co dalej?
Bardzo się wyeksploatowałem na tych skałach.

Jak to wyglądało? Śnieg, lód?
Dosyć stromo, 45-50 stopni. Mikst śnieżno-lodowy. Dużo skały. O ile się wspinasz, idziesz szybko w górę. Ale łapała mnie paranoja, że idę drogą, która nie jest łatwa w odwrocie. I jak ja tędy zejdę? Tam, gdzie wszedłem, już nie byłem w stanie zejść, musiałem później z drugiej strony tej turni trawersem schodzić. Doszedłem do wąskiej rampy śnieżnej. Nagrałem trochę na wideo, pokręciłem się i stwierdziłem, że się wycofuję, bo raz, że siły, dwa, że stresogennie, trzy, że się martwiłem trochę o ludzi. A cztery, że po prostu nie miałem szans na to, fizycznie po prostu bym tego nie ogarnął. Za długa droga.

Wiedziałeś, gdzie masz iść mniej więcej?


Jak ten moment odwrotu wyglądał?

Doszedłem do tej takiej przełączki śnieżnej i wiedziałem, że jakbym ją przeszedł, to dochodzę do wielkich pól śnieżnych i generalnie jestem już w domku. No, ale jeszcze je trzeba przejść. Tak naprawdę to obóz kolejny powinien gdzieś tam jeszcze dalej stanąć.

I zacząłeś wracać?
Odpuściłem. Siedziałem jeszcze w tej mojej czwórce, no i myślę sobie: kurde belek, może bym jednak poczekał i spróbował na następny dzień. Ale bez telefonu, zero kontaktu, ludzie się o mnie martwią. No nie chciałem już tak. Myślę, że w przyszłym roku trzeba to będzie bardziej profesjonalnie przygotować.

Fakt, że ta akcja wygląda bardziej jak szarża ułańska, a nie precyzyjnie zaplanowana akcja Gromu.
No tak.

Jak sam wcześniej powiedziałeś, przydałoby się jeszcze zejść do tej bazy, odpocząć, przeczekać złą pogodę i dopiero ruszyć. Mielibyście aklimatyzację na 7000.
Oj, przydałoby się, tak.

Może tego zabrakło?
Zabrakło. Tylko że nie dałoby się tego przeprowadzić z tego względu, że 15 lutego mieliśmy lot do Polski. Wszystko zabukowane. I Marek musiał wracać ze względu na pracę… Marek też już nie był w stanie za bardzo działać w górze. Ja z kolei też mam masę różnych zobowiązań, i dzieci, i praca. Mogłem jeszcze zejść, jeszcze poczekać, przedłużyć wyjazd, przebukować bilet, no, ale kolejna sprawa, brak kasy zupełny. Zupełny brak kasy. Musieliśmy wyprzedawać sprzęt, żeby mieć pieniądze na powrót. Opłacić porterów. Wróciłem do Polski bez kurtki, bez butów, w T-shircie. Autentycznie. Wszystko sprzedane. Śpiwory. Wszystko… Cały sprzęt poszedł. Wyjazd na biedaka, że tak powiem. Ale zostawiliśmy dobre zdanie o sobie. Miejscowi… Świetną relację mieliśmy z nimi. I też uznali, że to jest dobre osiągnięcie, 7400 w zimie. Fajna relacja, więc to jest też duży nasz sukces. I stwierdziliśmy, że jest jak jest. Jest dokładnie tak, jak ma być. I cześć. Nie udało się w tym roku, przyjedziemy za rok.

Wideo przygotowane przez Marka Klonowskiego po powrocie z wyprawy


To porozmawiajmy o tych pieniądzach. Występowaliście o dofinansowanie do Polskiego Związku Alpinizmu?

Do prezesa PZA napisaliśmy maila i to nawet nie był mail z prośbą o dofinansowanie, tylko po prostu z informacją, że wybieramy się tam, w ten rejon, że mamy kilka pytań, takich czysto technicznych, jak on ocenia drogę Kinshofera. Że chcielibyśmy kontynuować dzieło Zawady, i że dla nas jest to takie fajne wyzwanie, i że chcemy spróbować. I dostaliśmy odpowiedź taką strasznie nieprzyjemną i niefajną, że z naszego internetowego CV wynika, że my jesteśmy nieodpowiednimi ludźmi do tego. Że sezon zimowy w górach musimy zaliczyć i tak dalej. I od razu zostaliśmy ocenieni z góry, na podstawie jakiegoś internetowego CV, no i skrytykowani potwornie. Ta nasza inicjatywa, z którą wychodziliśmy, została zarżnięta brutalnie na dzień dobry, a my generalnie spławieni, spadajcie leszcze (śmiech). Masa barier formalnych po prostu.

Polski Związek Alpinizmu działa w określonych ramach. Czy myśląc o przyszłości, bylibyście w stanie poddać weryfikacji wasze umiejętności?
Nie należymy do organizacji, więc nas traktują z góry. A my w tych górach już trochę zrobiliśmy. Ja startowałem w zawodach. Prowadziłem też różne, trudne drogi. 7a, 7a+ w Irlandii. Naprawdę dużo się wspinałem sportowo, to był  mój konik. Później w te góry wysokie z Markiem zaczęliśmy jeździć. Mt. Logan na przykład, to był hardcore. Nanga to jest po prostu… Poziom wyczerpania organizmu, tutaj, teraz, na Nandze, porównując z Loganem, to jest po prostu żart. To jest jeden tydzień Logana. Wtedy cały szpej  ciągnęliśmy na sankach. Po 60-70 kilogramów. Przeszliśmy chyba z 7 lodowców. Na Logana weszliśmy granią East Ridge, która jest uznawana za jedną z trudniejszych dróg. A my zrobiliśmy cały trawers masywu. Przeszliśmy ponad 360 kilometrów, ciągnąc ze sobą cały sprzęt. A Logan jest olbrzymim masywem. Z tego co czytałem, podstawę ma wielkości Szwajcarii. Tak, że Nanga, K2, te wszystkie góry można by tam wpisać w plateau szczytowe Logana.
Byłem też na Khan Tengri. Siedmiotysięcznik. Złoiłem to sam. Wiem jak się zachować, wiem, jak chodzić po górach, żeby mi się nic nie stało. Trochę w tych górach czasu spędziliśmy z Markiem i społeczności wspinaczkowe – w Kanadzie, na Alasce – doceniły nas za to. Wiedzą, co zrobiliśmy. Byliśmy też z Simonem Moro i Denisem Urubko na Nandze. Bardzo świetna relacja. Super kontakt mamy do tej pory. Simon zresztą nam pomagał przed wyjazdem organizować liny. Oni też mają o nas zdanie pozytywne. Wiedzą, że wiemy, co robimy, że się nie pchamy niepotrzebnie…

Wrócę do pytania. PZA jest jednak organizacją oficjalną, działającą na pewnych zasadach. Gdyby się okazało, że są wstanie dać wam pieniądze, ale musicie spełnić jakieś warunki, to jesteście w stanie na to pójść?
Zależy jeszcze jakie warunki (śmiech). Szczerze mówiąc, choroba wie, czy dla pieniędzy… Bo tam strasznie dużo jest takiej jakiejś dziwnej rywalizacji, zawiści. Dziwny klimat tam panuje, i my chyba nie chcemy za bardzo się w to angażować.

A gdyby was ktoś zaprosił na wyprawę? Bez weryfikacji, tylko na zasadzie: dołączcie do nas?
Ja na przykład nie widzę siebie w roli gościa, który jest wysyłany tego a tego dnia, żeby zaniósł plecak ze szpejem do dwójki czy do trójki. Wolę sam zadecydować o tym, co mam robić.

Czyli jeśli dofinansowanie, to tylko na własną wyprawę?
Tak. Myślę, że będziemy z Markiem we dwójkę, ewentualnie kogoś jeszcze zabierzemy, kto po prostu będzie chciał z nami spróbować. Tak to widzę bardziej. Może właśnie w cztery osoby pojechać, nie za duży skład. Może porterów wysokościowych zatrudnić, żeby powynosili trochę sprzętu w górę, bo to jednak dużo daje.

Ta droga jest do zrobienia twoim zdaniem?
Tak, tak. Jak najbardziej. Jest super, z tego względu, że jest na południe skierowana. Po prostu dużo słońca.

A końcówka? Ile do szczytu trzeba by iść, z miejsca, z którego zawróciłeś?
No długo, długo. Nie wiem, czy dzień by wystarczył. Tak mi się coś wydaje. To jest trudny teren logistycznie. Trudno się tam odnaleźć.

Trzeba by jeszcze jeden obóz dołożyć?
Trzeba by jeden obóz dołożyć, no i przede wszystkim mieć trochę więcej siły. Inaczej by się działało, gdyby było czterech gości, dwóch porterów wysokościowych, można by szybciej zaopatrzyć te obozy, szybciej je zbudować, i tym samym szybciej dotrzeć do tej czwórki i jeszcze jeden obóz zrobić. Mieć czas na aklimatyzację.

Do trzech razy sztuka, a czwarty prawdziwy?
Tak, jak będą pieniądze, to za rok spróbujemy jeszcze raz. Liczę na to, że ktoś, jakaś firma zachodnia nas weźmie pod skrzydła. Dadzą szpej, dadzą sprzęt. Będziemy próbować.

 

rozmawiał: Jakub Karp

 

 

Przeczytaj wywiad, jakiego Tomasz Mackiewicz udzielił Forum Extremum przed wyprawą: Kochamy tę górę.

 

Drukuj PDF

Książki sportowe i wojskowe