czwartek, 04 sierpnia 2016

Póki nie zdobędziemy


Paweł Dunaj w drodze do obozu 1A (fot. Michał Obrycki/www.nangradream.blogspot.com)


Jeszcze w środę (26 stycznia), po rozmowie telefonicznej z Tomaszem Mackiewiczem, informowaliśmy, że Polacy będą próbować dojść do grani Mazeno na wysokości około 7000 m n.p.m. z obozu, w którym byli 800 metrów niżej.

O polskiej zimowej wyprawie na Nanga Parbat (w sezonie 2013/14) czytaj w artykułach:
Nanga Dream startuje.
Baza pod Nangą
Nanga Dream w Pindi
5500 na Nandze
.
Dujmovits rezygnuje.
Działania na Nandze.
Koniecznie za grań.

Następnego dnia jednak pogoda pogorszyła się (silny wiatr) na tyle, że Paweł Dunaj zszedł do bazy. Wkrótce po nim, jeszcze tego samego dnia, Tomasz Mackiewicz również pojawił się na dole.

Na najbliższe dni prognoza jest stabilna – opady śniegu, w górze silny wiatr. Komplet wspinaczy z obu wypraw (polskiej i włosko-niemieckiej)  przebywa w swoich bazach.

Wczoraj udało nam się przeprowadzić za pośrednictwem telefonu satelitarnego długi wywiad z Pawłem Dunajem. W pobliżu Tomasz Mackiewicz robił pranie i wielokrotnie w trakcie rozmowy dopowiadał, wołając w tle.


Forum Extremum: Mieliście uderzyć na 7000 i zajrzeć za grań. Pogoda niestety pokrzyżowała plany. Z poprzednich wypraw pod Nangę wynikało, że w lutym pogoda już robi się kiepska, pada dużo śniegu. Czy macie jakąś dobrą długoterminową prognozę? Są szanse na okno pogodowe?

Paweł Dunaj: Dobra pogoda zrobi się dopiero za tydzień. W sobotę czy niedzielę. Będzie ponoć kilka, być może nawet więcej niż 3-5 dni, dobrej pogody. Szanse są zawsze...
Szczerze, opady nie są najgorsze. Najgorszy jest wiatr – i to ten powyżej 6000 m n.p.m., czyli powyżej C2, już na grani.
Jak teraz schodziliśmy – jakiś kosmos! Mnie na zejściu z garba do C2 mało nie zdmuchnęło. Ledwo byłem w stanie ustać na nogach. Bo wiatr nie był stały, tylko raz dmucha, na chwilę przestaje i potem znowu uderza z impetem.

Czy możesz podać w jakim stanie są poszczególni członkowie ekipy? Trochę już działacie na górze. Wszyscy są w dobrej kondycji czy zmęczenie już daje o sobie znać?
Wszyscy git. Ciężko to nazwać zmęczeniem. Bardziej by się chciało do swoich domów, czyli kobiet (śmiech).

Czy przy kolejnym wyjściu będziecie wychodzić z zamiarem ataku szczytowego, czy tylko do 7000 m n.p.m., żeby złapać aklimatyzację i wynieść sprzęt wyżej?
Teoretycznie byliśmy za nisko, czyli że nie mamy aklimatyzacji, żeby teraz iść na szczyt. Ja bym w tym wyjściu nie poszedł. Tomek zobaczy pewnie jak jego siły. Z drugiej strony mamy za sobą wiele wyjść powyżej 6000 m n.p.m. Może się więc okazać, że aklimatyzacji starczy, by pchnąć do końca. Zobaczy się.

Jaką macie taktykę na ewentualny atak - idziecie we trzech? Czy ktoś zostaje w wyższych obozach do ubezpieczenia?
Nie wiem. Ja tutaj tylko „sprzątam”, czyli pomagam. Dobrze by było, jeśli choć jeden z nas stanie na wierzchołku. Co powie Tomek, tak będzie. Jaka jest jego wizja – sam jestem ciekaw (śmiech). Chodzą też plotki, że Tomek chciałby, ale nie wiem czy z wzajemnością, wejść na szczyt razem z Moro. Ale to tylko takie plotki (śmiech). Sam tego nie widzę – bo tempo Szymka i nasze to różnica 15 procent – tak szybko chodzą. Oni uprawiają fast&light, a my slow&heavy.

Jak oceniacie szansę na szczyt? Czy czujecie, że jesteście coraz bliżej, czy może motywacja i możliwości już nieco spadły?
Tomek ocenia szanse na 90 procent, pod warunkiem, że pogoda dopisze. Mnie wręcz wk(...)w łapie, żeśmy nie wykorzystali dwóch wyjść, żeby pójść wyżej. Wtedy, kiedy zawróciliśmy z depozytu – to znaczy nie poszliśmy poręczować Turni. I tak samo, że nie poszliśmy z garba na grani wyżej. Zawracaliśmy, żeby zostało „coś do zrobienia” dla Szymka. Przez to straciliśmy za każdym razem lekko 200-500 metrów pionu.
Jeżeli chodzi o szanse – wszystko zależy od pogody. Ja wiem jedno. Jak nie w tym roku, to w przyszłym złoimy Nangę na milion procent. Tomek w to nawet nie wątpi. Droga jest prosta lecz długa, kręta i niebezpieczna. W grudniu i styczniu pogoda to cud, miód i marzenie. Jeżeli luty dalej będzie taki, jaki się zaczął, to nasze szanse maleją. A jeśli chodzi o motywację i możliwości – jest moc ogromna.

Czy udało się przepatrzyć lub dowiedzieć od wyprawy Simone Moro jak wygląda teren w kierunku grani Mazeno?
To co widzi Szymek, widzimy też my. Wiemy, że droga do grani nie stanowi dużego wyzwania technicznego, stok jest jednak dużo bardziej oblodzony niż w zeszłym roku, co widać porównując Tomka zdjęcia z poprzedniego wyjazdu. Pytanie co czeka nas za granią, ale tego jeszcze ani Szymon, ani my nie wiemy. Tutaj doświadczenie Tomka z zeszłego roku na pewno będzie bardzo pomocne. Tomek uspokaja nas, że teren przypomina ten sprzed grani Mazeno, na pewno trzeba będzie uważać na lód.

Jak układa się współpraca z drugą wyprawą? Przyjechali później, założyli o wiele mniej poręczówek, o czym pisaliście w swoich doniesieniach, a teraz wygląda na to, że dotarli trochę wyżej. Są pewnie bardziej wypoczęci. Trochę skorzystali na pracy, którą włożyliście w poręczowanie drogi.
Stosunki między nami są bardzo dobre, tak naprawdę dopasowujemy się coraz lepiej. W gruncie rzeczy nie jest to prosta sprawa. Doświadczenie Szymka jest dużo większe, także popularność, którą się cieszy, powoduje w sposób naturalny pewien dystans, który, jak się okazuje, nie jest wcale fajny, zarówno dla nas, jak i dla Szymka, jak sądzę.
Proces dogadywania się między nami idzie jednak w dobrym kierunku. Nasza sauna spełnia w sposób perfekcyjny funkcję integracyjną, a router Szymka jest niczym wisienka na torcie łącząca nas z cywilizacją.

W waszych doniesieniach pojawiła się informacja, że wspólnie z drugą wyprawą wyjdziecie jednego dnia do ataku szczytowego. Pewnie do tego momentu jeszcze daleko, ale czy chodzi o wyjście z bazy, czy z ostatniego obozu, który uda się założyć?
Bardzo prawdopodobne, że pod kopułą szczytową spotkamy się i do szczytu pociśniemy razem, ale to tylko projekcja czy wspólny plan. Strategia jest taka, że do obozu pierwszego z bazy ruszamy w piątek jeszcze w złą pogodę. Szymek ma wyjść dzień po nas. Jest szansa, że w sobotę-niedzielę osiągniemy wysokość trójki. Pogoda się polepsza. Następnego dnia ruszamy w stronę grani i próbujemy przebić się na drugą stronę, i idąc trawersem w kierunku kopuły szczytowej szukamy miejsca na norę śnieżną. Gdzieś tam pewnie spotkamy się z Szymkiem i będziemy próbowali cisnąć dalej, wzajemnie bacząc na swoje bezpieczeństwo. (Krótki plan najbliższego wyjścia przez Pawła Dunaja przekazał Tomasz Mackiewicz, wołając do niego znad prania).

W Polsce wielu ludzi śledzi waszą wyprawę. Informacje pojawiają się w wysokonakładowych gazetach. Czy dociera do was atmosfera, która tu panuje?
Czytam fora, komentarze. Po części, żeby wiedzieć, co w trawie piszczy i o czym jeszcze pisać poza relacją „Ogłoszenia z Lattabo”, ale nie odczuwam tej atmosfery. Wiem, że jest też sporo hejtersów (śmiech). Ale ogólnie nie dociera ta atmosfera – Marek (Klonowski – przyp. red.) tylko śle SMS-y, że jest „Max pozytyw”.

W ubiegłym roku trzeba było sprzedać sprzęt, żeby wrócić do kraju. Jak sytuacja w tym roku? Czy ludzie mogą jeszcze jakoś wspomóc wyprawę?
Z kasą bryndza. Ja na przykład nie mam ani dolara – wszystko, co mieliśmy, oddaliśmy z Michałem (Obryckim – przyp. red.), żeby dać cokolwiek Abdulowi z tych 10.300 USD. Czapa (Tomasz Mackiewicz – przyp. red.) to w portfelu ma 11,30 zł (śmiech). Nie martwię się, co będzie. Jestem przyzwyczajony po swoich rowerowych wyprawach. Będzie kolejna przygoda.
Dodatkowo cztery dni temu skończyły nam się wizy. Teraz agencja to ogarnia. Ponoć jutro ma przyjść po nas policja i sprowadzić nas w dół.

Poważnie?
Naprawdę. W Polsce wydano nam wizy tylko na dwa miesiące. Dzikowi (Michał Dzikowski – przyp. red.), który już pojechał co prawda, w Irlandii dano na trzy miesiące. Zawsze tak dawano i w Polsce, ale po czerwcowym zamachu nie chcieli nam dać na trzy miesiące.
A wracając do pieniędzy. Do tych 10.300 USD, doszło jeszcze 1500 USD na jakieś tam wydatki Abdula. A będzie jeszcze coś potrzebne na pewno. Ogólnie kasy nie ma. Na minusie jest co najmniej 30 000 złotych. A za coś jeszcze musimy dojechać autem z Manchesteru do Polski.
Ale naprawdę teraz jeszcze się o to nie martwimy. Bo nie wyjedziemy stąd, póki nie zdobędziemy szczytu. W przeciwnym wypadku, będziemy tu harować przynajmniej do 21 marca. Nie poddamy się łatwo.

 

rozmawiał: Jakub Karp

 

 

Drukuj PDF